strona głównakatalog kursów językowychjak wybieramy szkoły?  miasta alfabetycznieszkoły na mapach jak rezerwować?promocje
        

 

 

 
 Informacje o autorze: Agnieszka Z., 22 lata, Warszawa
 
Z emaila:

 Cześć, cześć.

Tutaj jest moja historia z 2 pobytów w Anglii.

Pozdrawiam i dzięki za fajną stronkę. Jest naprawdę super! (Wkurzają tylko reklamy i pojawiające się okienka na forum, ale już je zablokowałam :P)

-Agnieszka Z. 

1 pobyt: początek lipca 2001 do końca września 2001

2 pobyt: 27 stycznia 2002 do 14 lutego 2002 

A oto historia:

Mój wyjazd, a raczej dwa mogą Was zainteresować z dwóch powodów. Po pierwsze - dotyczą ostatnich wakacji i ostatniej przerwy zimowej (lato 2001 i zima 2002), po prostu są aktualne. Po drugie - mało kto bywa (a może mało kto pisze o wyjazdach zimowych), może brak czasu, albo wydaje się, że 2 tygodnie to za mało. Ja jednak zdecydowałam się na taki wyjazd i zachęcam. Jednocześnie pragnę ostrzec, że jeśli szukasz tutaj, opisu uroków angielskiej ziemi to możesz z góry mój tekst pominąć. Ta historia nie ma nic wspólnego ze zwiedzaniem. Zacznę od lata.... Jechałam sama, nie znałam nikogo, miałam w kieszeni 200$ i bilet w dwie strony z datą powrotną na koniec wakacji. Z moim zaproszeniem była również ciekawa historia... Miałam je, ale - nie uwierzycie - zapomniałam wziąć ze sobą! Gdzieś w kieszeni miałam wypisany na karteczce adres człowieka, który mnie "zaprosił", ale ani go nie znałam, ani nie miałam zamiaru u niego się pokazać. Napisałam adres na dużej kartce, bo wiedziałam, że będą o niego pytać na granicy w Dover. Rozsiadłam się wygodnie w autokarze i poszłam spać... Jak nie macie kasy, jedźcie autokarem, to moja rada, nie wydawajcie wszystkiego na bilet samolotowy, licząc na to, że urzędnik emigracyjny chętniej was przepuści, bo "samolotem latają tylko bogaci". To nie prawda! Może - jeśli lecisz do innego miasta niż Londyn, tego nie wiem, nie słyszałam. A są takie niesamowite linie lotnicze, które z Niemiec do Liverpoolu za 50Euro wożą. Może warto stopem do Niemiec, potem w samolot; zobaczę i przemyślę. Linii jest kilka jedna z nich: http://www.ryanair.co.uk (jak ktoś coś wie, niech napisze). Tak to więc docieram na prom, na którym coś mnie tknęło, aby wymienić dolary na funty, wiedziałam, że zapewne tracę, ale nie miałam wielkich pieniędzy. I dobrze zrobiłam.

Dover:

Urzędniczka: Dzień dobry czy znasz angielski?

Ja: Dzień dobry, tak.

Urzędniczka: Dokąd jedziesz i po co?

Ja: Na wakacje, do mojego chłopaka do (zaraz, zaraz jakie to miasto?) Manchester.

Urzędniczka: Czy masz adres?

(Podaję na kartce, na której wcześniej zapisałam)

Urzędniczka: Jak znasz tę osobę?

Ja: Poznaliśmy się w Polsce w zeszłe wakacje i korespondujemy ze sobą.

Urzędniczka: Czy masz pieniądze?

Ja: (Pokazując właśnie wymienioną kasę i kartę Visa Electron) Tak.

Urzędniczka: (sięgając po pieczątkę) Dziękuję to wszystko, miłego pobytu.

Ufff... i po bólu, dobrze, że nie słuchałam się tych jęczących ludków, narzekających jak strasznie ciężko się dostać do Anglii. Co do angielskiego, nie znałam go perfekt, ot tak jak się w szkole w liceum uczy, nic specjalnego.

Za kilka godzin, po szoku spowodowanym jazdą lewą (śmiesznie jest wsiadać do angielskich autokarów, gdzie za nic nie możesz znaleźć wejścia, bo znajduje się po drugiej stronie), wylądowałam w Londynie na Victoria Coach Station. Dworzec nie zachwycił mnie za bardzo, a raczej zniechęcił bałaganem. Zaraz przy wyjściu powitanie ... Polacy rozdający ulotki, kiedy przecząco pokręciłam głową, usłyszałam jak wymienili między sobą: "kurwa, nie to nie". Krótkie pożegnanie z towarzyszami podróży i zostałam sama. Co dalej... Próbowałam sobie zaplanować, znaleźć coś zawczasu, ale chyba nie próbowałam zbyt mocno, bo nic z tego nie wyszło. Przez głowę przemknęła mi myśl, co ja tu właściwie robię, czy mam po kolei w głowie? Skoro na drugie pytanie odpowiedź nie miała już w tamtej chwili większego znaczenia, postanowiłam odpowiedzieć na pierwsze. Przyjechałam znaleźć prace! Tak, niby oczywiste, ale jak z takim wielkim plecakiem, brudna po podróży mam tego dokonać? Warto byłoby gdzieś odpocząć. Z braku lepszego pomysłu poszłam do kiosku i zapytałam uprzejmie sprzedawczynię, w jakiej gazecie znajdę oferty wynajmu pokoju, a jeszcze lepiej, także dotyczące pracy. Pani równie uprzejmie podała mi jedną gazetę, trzymając ją jednak w bezpiecznej odległości od moich rąk do póki nie uiściłam odpowiedniej zapłaty. Zaczęłam przeglądać strona po stronie, nie śpiesząc się zbytnio. Zaopatrzyłam się w monety i zaczęłam wydzwaniać do miejsc, które wyglądały na tanie. (w końcu przy 120 funtach w kieszeni nie mogłam decydować się na nic drogiego). Nie było to łatwe, i straciłam przy ty mnóstwo: cierpliwości, pieniędzy i czasu. W końcu znalazłam pokój za 70 funtów i do tego daleko od centrum. Po dotarciu na miejsce (którego opis mógłby zająć całą książkę) okazało się, że 70 funtów, ale muszę zostać co najmniej miesiąc. Podyskutowałam trochę i starałam się wyglądać na porządną, tylko zmęczoną osobę. W końcu stanęło na 70 ale płacę z góry za tydzień. Po wspaniałej kąpieli, spaniu około 20 godzin i spożyciu konserwy mięsnej z chlebem (a raczej z tym z tego chleba zostało) zrozumiałam, że nadeszła godzina 0, i nie mam na co dłużej zwlekać. Postanowiłam znaleźć pracę.

Miałam do wyboru dwie opcje: moją już nieco zmiętą gazetę, albo wyjście na dwór i pytanie w napotkanych miejscach. Wiedziałam, że to pierwsze mogło okazać się trudne. Bez zezwolenia na pracę miałam nikłe szanse. Ale jednocześnie nie miałam pieniędzy i bardzo potrzebowałam znaleźć jakąkolwiek robotę. Wzięłam do ręki gazetę i wyszłam na dwór. Rozmieniłam kilka funtów na monety w najbliższym sklepie i odnalazłam budkę telefoniczną. Usiadłam na chodniku wywołując oburzone pofukiwania przechodniów. Rozłożyłam gazetę na i zagłębiłam się w zakreślaniu prawdopodobnych miejsc zatrudnienia. Było ich naprawdę dużo, ale jedno mnie niepokoiło, przy zupełnie innych ogłoszeniach telefon kontaktowy był taki sam. Nie wiedząc czy słusznie z góry takie odrzuciłam. Zaczęłam się czuć trochę jak w szpiegowskim filmie. Teraz wiem, że te ogłoszenia były ogłoszeniami agencji, to że nie starałam się dzwonić tam zaoszczędziło mój czas i pieniądze. Z całej masy ogłoszeń wybrałam kilka. Dzwonię... Pierwsze - nieaktualne, drugie - jest pozwolenie na pracę? - Nie ma. - To niestety bardzo nam przykro. Trzecie, czwarte, piąte - miła pani kiedy doszło do pytania o pozwolenie, po wahaniu powiedziała: no... dobrze, ale za 2.5 funta za godzinę. Odłożyłam słuchawkę i z rozpaczą zauważyłam, że nie mam już ani monet, ani ogłoszeń do sprawdzenia. Pocieszałam się, że to dopiero pierwszy dzień, że dopiero zaczęłam szukać, ale smutna rzeczywistość jakoś nie chciała wyjść z mojej głowy, powtarzając monotonnie: to twoje ostatnie pieniądze, nie masz nawet za co jeść, jesteś sama, nikogo tu nie znasz, zobaczysz - za dwa dni wrócisz do Polski... Nie, nie, nie! Na to nie mogłam pozwolić. Było wczesne popołudnie, kiedy ruszyłam smętnie przed siebie. Knajpa - minęłam ją powoli w mojej głowie odbywała się walka wejść i zapytać, czy nie wchodzić. Obejrzałam się za siebie, przeszłam na drugą stronę ulicy i zawróciłam. Czemu ni stąd ni zowąd ogarnia mnie ta idiotyczna nieśmiałość, która paraliżuje mnie, że nie potrafię wejść i zadać prostego pytania? Pomyślałam, że gdyby ktoś obserwował mnie wyglądałabym komicznie, kręcąc się wokół knajpy w tę i z powrotem. W końcu weszłam! Niezbyt atrakcyjna, żeby nie powiedzieć brzydka, kobieta z kartą dań w ręku zmierzała moim kierunku. Uśmiechnęłam się nieśmiało: Dzień dobry, czy nie potrzebują państwo pracownika, mogę robić wszystko. - Nie. - Z przymilającego uśmiechu jej twarz przemieniła się w jadowito cyniczny wyraz twarzy. Może tylko tak mi się wydawało, bo poczułam się jak śmieć. Przeprosiłam i wyszłam tłumacząc sobie w duchu, że to tylko knajpa, że trzeba być upartym, że jak nie potrzebowali nikogo, to po co mieliby mnie przyjąć. Poszłam dalej, knajpa za knajpą, różnego typu take-away'e, baru i puby... Już przestałam się przejmować odmowami, zdarzyło się, że chcieli mnie przyjąć, ale tylko jeśli mam pozwolenia na pracę. Pod wieczór okazało się, że przeszłam niezły szmat drogi i nie bardzo wiedziałam jak wracać. Jakoś znalazłam drogę powrotną. Po drodze w jednym z najtaniej wyglądających miejsc kupiłam frytki. Poprosiłam o jedną porcję. Młody chłopak pacnął dziwną tłustą papkę na stos papierów i zapakował żądając 1,5 funta. Po wyjściu lekko przerażona otworzyłam moją paczuszkę. Były to obrzydliwie tłuste rozłażące się frytki. Zjadłam jednak, bo byłam już porządnie głodna, a poza tym na pewno było to źródłem potrzebnych mi kalorii. Wróciłam do swojego pokoju i zmęczona poszłam spać. Następnego dnia znów bez żadnego planu wyruszyłam na poszukiwania. Tym razem udało się! Trudno powiedzieć, czy miałam szczęście i czy trudno znaleźć pracę w takim "rozpaczliwym" stylu jak mój. W małej i nieco obskurnej knajpie właściciel (Turek) potrzebował pracownika rano do posprzątania i pomocy w przygotowaniu półproduktów, w ciągu dnia od szesnastej do zmywania i po 22 posprzątania. Łącznie 9 godzin dziennie, godzina za 4,5 funta. A gdyby dawał mi znaki mam usiąść przy stoliku i udawać klientkę. 4,5*9*6 hmm... 4,5 funta za godzinę, 9 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu (oprócz poniedziałków) dawało to 243 funty na tydzień, z moich rachunków wynikało, że to wystarczy. Ależ byłam szczęśliwa! Następnego dnia rano zjawiłam się w pracy. Dostałam znoszoną bluzę, która może nie była stara, ale nosiła ślady, a raczej zapachy używania. Dostałam również do ręki mopa i wiadro z wodą i zabrałam się do sprzątania. Nie było łatwo, zwłaszcza na początku. Ludzie wydawali się być złośliwi, praca ciężka, bałam się też, że "szefunio" chce wyrolować i nie zapłaci mi zarobionych pieniędzy. Postanowiłam wybadać sytuację i pod koniec drugiego dnia zapytałam czy mógłby mi wypłacić zarobioną kwotę, bo brakuje mi na opłacenie mieszkania. O dziwo nie było problemu. Zapytał nawet, czy nie wolę dostawać pieniędzy po każdym dniu, na co przystałam z radością. Zabrałam też do domu mój mundurek, bo nie mogłam znieść jego woni. Przerwę w ciągu dnia poświęcałam na zwiedzanie okolicy, czasem siedzenie w mojej knajpie. Poniedziałek był jednak moim ulubionym dniem. Spałam do południa i nie robiłam nic, do czego musiałabym się zmuszać. Pod koniec pierwszego tygodnia znalazłam też tańsze miejsce do mieszkania (40 funtów na tydzień), w mieszkaniu byli już inni, podobni do mnie, 2 Estończyków i jedna Hiszpanka. Razem tworzyliśmy niezłą paczkę, ale pracowaliśmy w różnych godzinach i często po prostu mijaliśmy się w drzwiach. Po 2 miesiącach wracałam do Polski zmęczona, ale z niezła sumką w kieszeni i obietnicą, że mogę zawsze przyjechać do pracy w to samo miejsce. Z obietnicy skorzystałam w zimie...

Wyjazd zimowy...

Droga niczym się nie różniła, może bardziej uprzejmym kierowcą, albo tym, że nie można było już bez kurtki wyjść z autokaru. Tym razem byłam jednak zaopatrzona w zaproszenie, tej samej nie znanej mi osoby, która gdzieś tam w Manchester mieszka (a może i nie). Zaproszenie to było załatwione przez znajomego kogoś znajomego, ale: osoba istniała naprawdę, telefon komórkowy był podany i co najważniejsze (ale głównie dla mojego komfortu psychicznego) - osoba wiedziała, że ktoś zmierza w kierunku Anglii i była w stanie twierdząco odpowiedzieć na pytanie urzędnika emigracyjnego czy wie o całej sprawie. W Dover pierwsze pytanie urzędniczki nie różniło się od zadanego w lecie:

Urzędniczka: Dzień dobry czy znasz angielski?

Ja: Dzień dobry, tak.

Urzędniczka: Czy byłaś już w Anglii

Ja: (myślę: czy głupa sobie ze mnie robi? Przecież widzi, stempel) Mówię: Tak, w wakacje.

Urzędniczka: A gdzie jedziesz?

Ja: Do mojego chłopaka, do Manchester.

Urzędniczka: Czy to to samo miejsce, w którym byłaś w lecie?

Ja: Tak

Urzędniczka: Czy on wie, że dziś przyjeżdżasz?

Ja: Tak (i tu wręczam zaproszenie).

Urzędniczka: (przeczytała) Mówi: Czy jesteś studentką?

Ja: Tak

Urzędniczka: Masz jakiś dokument, że studiujesz?

Ja - pokazuję legitymację studencka.

Urzędniczka: A kim jest twój chłopak?

Ja: Też studiuje.

Urzędniczka: A co studiuje.

Ja: (errrrrr nie mam pojęcia, ale mówię) Informatykę.

Urzędniczka: No w porządku.

Buch stempel i jestem w Anglii!

Londyn mimo zimy nie wydał mi się tak obcy jak za moim pierwszym pobytem. Trochę kłopotów było z mieszkaniem, ale po kilku godzinach znalazłam miły pokój. W "mojej" knajpce spotkałam się z miłym przyjęciem i podwyżką (niewielką, ale zawsze). Pobyt był krótki, i nie był dla mnie już taką niewiadomą jak za pierwszym razem.

Trudno mi powiedzieć czy polecam mój sposób wyjazdu... Może lepiej, a na pewno bezpieczniej znaleźć szkołę i dostać studencką wizę, ale to jeśli masz więcej niż pół roku wolnego. Może lepiej znaleźć miejsce pracy będąc jeszcze w Polsce, ale czasem, a zwłaszcza w Anglii wydaje się to nierealne. Nie wiem, opisałam Wam moje wyjazdy, wnioski wyciągnijcie sami.

Agnieszka

Konkurs

Wybierz opowiadanie
Tak
Nie

Wyniki

Tak 246
Nie  64

UWAGA! polskA-Anglia.co.uk zamieszcza niezmienioną wersję opowiadania, jednocześnie nie odpowiada za treści w nim zamieszczone. Czytelnik jest w pełni odpowiedzialny  za swoje decyzje lub plany podróży podjęte w wyniku  przeczytania tego artykułu.


 

 


 

 
 

INWESTUJ W SWOJĄ PRZYSZŁOŚĆ I REALIZUJ PLANY

PROGRAM PARTNERSKISZUKAJREKLAMAO NAS KONTAKTWY O NAS

Oferta - Au Pair - Nauka i praca - Praca - Kursy językowe - Kursy konwersacji w Anglii i Londynie - Ferie Zimowe 2014 kursy i obozy językowe dla młodzieży 13-17 - Kwatery - Uniwersytety - Forum - Niezbędnik - Kontakt - FAQ - Aktualności - Kursy angielskiego w Londynie - Kursy angielskiego w Anglii - Szkoły języka angielskiego w Londynie - Szkoły języka angielskiego w Anglii

- Tanie rozmowy z Anglii do Polski - Tanie rozmowy do Polski - Tanie rozmowy do Polski z telefonów stacjonarnych - Tanie rozmowy do Polski z telefonów komórkowych  - Darmowe rozmowy do Polski  -Zakwaterownie w Londynie dla grup  - Free calls to Poland - Free calls to Poland from landlines - Free calls to Poland from mobiles - How to call Poland for free from mobile

Ubezpieczenie - Katalog szkół językowych - Internet w Anglii - Promocje - Najpopularniejsze szkoły w Londynie i Anglii - Szkoły językowe w Anglii -

- Kursy językowe w Anglii - Szkoły na mapach - Mapa strony

  

Send mail to info@polskA-Anglia.co.uk with questions or comments about this web site. Advertising/ Reklama
Copyright © 2000-2017 Polska-Anglia Ltd Registered in England No. 8445654. The registered office of the company is 3-4 Bower Terrace, Tonbridge Road, Maidstone, Kent ME16 8RY. Wszystkie prawa zastrzeżone.
No part of this site may be reproduced or stored in a retrieval system.
Every effort has been taken to ensure the accuracy of the content of this site but the publisher cannot be held responsible for the consequences of any errors.  A number of external links exist within the site and the publisher does not endorse any such external links. We recommend: tanie rozmowy do Polski.